Chyba się przeliczyłam…

Minęło dopiero osiem dni pracy, a ja już mam ważenie, że się nie nadaję. Nie potrafię polecać butów, a tym bardziej o nich rozmawiać. Kolory też są moją zmorą. Jak tu odróżnić truskawkowy od czerwonego? Serio dla mnie to ten sam kolor.

Druga sprawo to to, że dziewczyny lekko narzekają bo wolno mi idzie. Dla mnie to norma bo w tydzień chyba rozkładu magazynu się nie wyuczę. Tak samo ze środkami ochrony obuwia… Bo ja już powinnam wszystkie rozróżniać. Tyle ich, że nie jestem w stanie ich spamiętać i zaczynają mi się mieszać.

Jeśli do końca nie wprawię się w pracę to zacznę szukać innej. Obuwniczy jednak nie jest moją pasją. Chyba się przeliczyłam. Ta praca nie sprawia mi satysfakcji. Odnoszę wrażenie, że wolę inną pracę za mniejsze pieniądze, która sprawi, że będę zadowolona z tego co robię, niż za większe pieniądze i robić to czego nie lubię.

I chyba się pogubiłam bo już sama nie wiem czego chcę.

Sprawozdanie z maja i czerwca

Maj upłynął mi nieubłaganie szybko i na bezrobociu. Co prawda byłam na kilku rozmowach kwalifikacyjnych i dniach próbnych, ale nic z tego nie wyszło. Moja wena twórcza wzięła sobie urlop i już od dwóch miesięcy nie udało mi się napisać, żadnego fragmentu opowiadania.

A w czerwcu ciąg dalszy poszukiwań pracy i trafem się znalazła w sąsiadującym mieście. Dojazd kolejką pół godziny oraz tramwajem lub autobusem następne pół godziny. Ważne, że jest praca i to wcale nie za najniższą krajową. Więc za bilet się zwróci ;)

Rozmowa kwalifikacyjna nie trwała zbyt długo. Byłam na niej szczera w stu procentach. Powiedziałam o moim doświadczeniu w pracy z klientem i na kasie. Oraz o tym że jestem osobą nieśmiałą i pracuję nad tą wadą podczas rozmowy z klientem. Powiedziała mi że jest na tak, i że chce bym przyszła na dzień próbny (II etap) by kierowniczka sklepu zobaczyła jak pracuję. Oczywiście się zgodziłam, ponieważ zależało mi by jakąś pracę mieć. Dzień próbny trwał dwie godziny, a po nim dostałam skierowanie na badania.

W pracy dopiero byłam trzy razy. Powiedzmy, że zaczynam ogarniać magazyn. Często pracuje się po 10 -12 godzin, ale za to jest więcej dni wolnych i z tego co widzę to dwie niedziele wolne z czego jeden weekend cały. Co prawda aplikowałam do klepu z ubraniami, ale ostatecznie wybrałam sklep z butami. Na rozmowie dowiedziałam się, że do sklepu z ubraniami jest potrzebna pomoc, ale to na zlecenie i mniejszy etat. A w obuwniczym oferowany jest pełny etat.

Z Ritzu mało ostatnio rozmawiam i czuję się jakbym go zaniedbywała. To samo tyczy się Adiego. Ale to przez ten czas bo cały dzień w pracy – niby kończę o 21 ale w domu jestem 22:30. Idę wtedy spać bo następnego dnia muszę wstać o 7 (jeśli mam na 10) lub 6 (jeśli mam na 9).

Jeszcze wczoraj zmienili rozkład kolejek na mniej korzystny dla mnie, no bo okres wakacyjny. Ekstra.

Byłam też odwiedzić dziewczyny z poprzedniej pracy. Z tego co mi powiedziała Mar to nowy pracownik jest do D. i podobno się zwalnia… jak to mówią a wattpad Nocusz. Jakoś dalej tam pusto. A nowości brak. I jeden salon się zamknął. Akurat wtedy gdy się przeprowadzam i miała bym tam blisko.

Na razie to wszystko. Postaram się pisać częściej bo czuję, że zaczynam wszystko i wszystkich zaniedbywać. Wymigując się brakiem czasu, a w dni wolne marnując czas i nie robiąc nic konkretnego zamiast wziąć się za siebie.

Powrót nieznośnej…

Dawno mnie nie było na blogu. AŻ MIESIĄC. Miesiąc przez który wiele się wydarzyło i nie koniecznie jestem z tego zadowolona.

Po pierwsze miałam mniej czasu dla Adiego. Mógł się poczuć urażony i na pewno tak było. Ale wiem, że i tak zawsze mogę na niego liczyć.

W marcu odbyłam rozmowę z MR z której wynikło, że nie jest ona zadowolona, iż zapisałam się na BHP. Bo jak ja to z pracą pogodzę? Szkoda, że szkoła jest cztery razy w miesiącu i nijak to z nie przeszkadza. Miałam się zastanowić czy nie chcę przejść na mniejszy etat. Oczywiście, że nie.

W szkole było nawet okej. Chodzi sześć osób i kierunek raczej nie przejdzie, więc postanowiłam sobie teraz darować i zapisać się od września.

Wielką Sobotę spędziłam w pracy. Ludzi nawet sporo. Choć przez pierwszą godzinę razem z K. spędziłyśmy na czytaniu, bo nikogo nie było. Postawiłam ciastko z kremem, tak by było świątecznie. Oczywiście wysłałam K. Wróciła z tekstem, że więcej tam ciasta nie kupi, bo ciasto kroi się w kostkę, a jej pokroili w paski. Pośmiałyśmy się, że pewnie pracownik miesiąca. Ciasto hawajskie było bardzo dobre, ale z hawajami nic wspólnego nie miało. No chyba, że porzeczka i toffi to nowy smak Hawaii.

W piątek dowiedziałam się, że umowy mi nie przedłużą. Troszkę było przykro, no ale cóż. Adi powiedział, że mam się nie martwić, bo na pewno znajdę coś lepszego i może lepiej płatnego.

W niedzielę odwiedziła mnie Johanna z Lu. Jak dobrze było móc znów ją przytulić. Lu zaskoczyła mnie pozytywnie, bo nie wiedziałam, że rzuci mi się w objęcia i tak mocno uściska. Szkoda tylko, że wpadli na dwie godziny, które zdecydowanie za szybko zleciały.

No i zaczął się maj…

Urodzinowo – czyli jak pokłócić się z mamą…

Od jakiegoś czasu nie znoszę urodzin. Dzień zaczął się nawet spoko. W pracy dostałam bon do dowolnego sklepu w galerii. Pewnie wydam na książki, bo nie lubię chodzić po sklepach z ubraniami. Są nudne i męczące. Dziewczyny zapytały czy w konkurencji. Zaczęłyśmy się śmiać. Dziewczyny stwierdziły, że mogę dziś zluzować, bo to moje święto. Oczywiście nie lubię nic nie robić, a raczej Si nie lubi i już po piętnastu minutach jej odwala.

Wróciłam do domu około 22:00. I ledwo co weszłam, rozebrałam się z kurtki, weszłam do kuchni, by umyć ręce. Matka  owinięta kocem podeszła i dała mi czekoladę z tekstem:

Mama: Najlepszego. Ryż w piekarniku jest. Będziesz jeść?

Si: Nie

Mama: Czemu?

Si: Bo nie chcę.

Kto je kurwa ryż o 22 w nocy? I kto tak składa życzenia urodzinowe? 

Mama: Co ty taka zła jesteś?

Si: Bo jestem zła. Miałam zły dzień.

Zaczęła się dopytywać, czemu. I jakoś nie zamierzałam odpowiadać. Wracam do domu padnięta i jedyne o czym marzę, to umyć się i iść spać. A ta na gaciach mi życzenia składa. Zrobiło mi się przykro, a za czekoladę nie podziękowałam. Odłożyłam ją do lodówki, tam gdzie była. Drażni mnie, to że na Wu-eN zawsze znalazła kasę na prezent z typu bluzka, torba lub karta podarunkowa do jakiegoś sklepu. A mi kupiła czekoladę z biedronki… Na urodziny Wu-eN zawsze musiałam się składać. Ja od niej nic nie dostaje oprócz pytania, co mi kupić. Na tym się kończy. W tym roku było tak samo. Tylko zapytała i zero odzewu. Nawet życzeń mi nie złożyła. Ojciec tak samo.

Wcześniej byłam na siebie zła, że jestem o nią zazdrosna. Bo ona dostawała kasę na imprezę, a ja nie dostałam na bluzkę. W szkole śmiali się ze mnie, że chodzę w spranych spodniach. Trudno mi było wybłagać mamę o nowy ciuch. Wu-eN szło o wiele łatwiej. Specjalnie rezygnowałam z wycieczek szkolnych, mówiąc „Nie chcę, bo masz mało pieniędzy”. Liczyłam, że pod tym względem będę lepsza, bo nie wyciągam pieniędzy tak jak moja siostra. Chciałam chociaż, raz usłyszeć, że jestem w czymś lepsza. Nigdy nie byłam. Wu-eN była lepsza w tym, i w tym… Natomiast mi wypominała wszystko, co zrobiłam źle. Byłam osłem, gółą, niezdarą, fajtłapą…

Przecież nie powinno się być zazdrosnym, o to, że ktoś dostaje droższe prezenty. Mówili, że rodzice kochają każde dziecko tak samo. Dziś wiem, że nie jestem zazdrosna o pieniądze, o prezenty czy o rodzeństwo. Byłam zazdrosna o jej uwagę. Chciałam z nią porozmawiać, ale zbywała mnie mówiąc, że nie ma czasu lub jej przeszkadzam. Miałam tylko dwanaście lat. I bolało mnie to, że o problemach nie mogę porozmawiać z mamą. Bo serial czy prasowanie było ważniejsze. Byłam zazdrosna o to, że dla Wu-eN jest matką, ale nie jest nią dla mnie. Dziś nie umiem powiedzieć jej kocham. Tak samo jak nie umiem nazwać ją moją mamą. Jest dla mnie obca. I nic już tego nie naprawi.

Nawet jeśli sprawiłam jej przykrość, to nie mam wyrzutów sumienia. Przecież zawsze byłam tą gorszą córeczką. A co do czekolady – postanowienie noworoczne numer 3. Od marca zero czekolady i batonów. Więc poleży tam długo, aż jej mama nie otworzy. Gorzej będzie w kwietniu, bo będzie odwyk od napoi gazowanych…

Humor troszkę poprawił mi Adi. Gdyby nie on ten zień byłby moim najgorszym w życiu.

Plotki i ploteczki

Wczorajszy dzień był do dupy. Otóż odwiedziła nas Pani Menadżer M. zwana też gwiazdą lub też mis regionu. Wszystko było by spoko gdyby nie fakt, że weszła w złym momęcie. Wraz z koleżanką oberwałam za plotkowanie. Przecież, nie plotkujemy cały czas! No kuźwa, to był moment. Zresztą nie zawsze jest co robić. Ja osobiście wszystkiego jeszcze nie ogarniam. Zwrotów nie było. Telefonów też nie. Książki w miare poukładane. A kurz będzie codziennie, bo na białych stołach zawsze widać. Zresztą ile razy można ze ścierą latać.

Szczeże mam to gdzieś. Umowa na razie podpisana na trzy miesiące. Jak jej coś nie będzie pasować, to niech mnie zwolni i tyle.

Ostatnio rozmyślam nad wyjazdem do innego miasta. Tam znaleźć pracę i wynająć pokój. I przedewszystkim szkoła. Kierunek technik archiwista lub bibliotekarz z naciskiem na ten drugi, którego w moim mieście oczywiście nie ma.

A dziś rano bawiłam się w zdrapywanie naklejek. Promocje się skończyły. I nie wiem co za geniusz wymyślił, aby przyklejać na okładki naklejki rabatowe. Tylko okładka się niszczy. Na każdym z komiksów został ślad kółka i z tym już nic się nie zrobi.

Zamknięcie miesiąca poczło idealnie. Szczególnie gdy okazało się, że miałyśmy zrobić to z dwóch kas a nie jednej. Ale co tam. Już następnym razem będę wiedzieć.

No i znów słyszałam plotki, że firma w której pracuje podupada. Zastanawiam się ile z tego prawdy. Z ciekawości przeglądam internety i no coś się za tymi plotkami kryje. Firma na fb posiada ocenę 2,9/5. Z jednej strony nie chciałam w to wieżyć. No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie się nie martwię.

Zbyt leniwa…

Jestem zbyt leniwa, by wymyślić porządny tytuł. Ostatnio sporo się dzieje, ale i sporo zapominam. Wiadomo, Si ma pamięć do dupy. I myślę, że by nawet leki nie pomogły.

Swój dzień wolny spędziłam u lekarza medycyny pracy. Oczywiście z godzinną obsuwą… I na całe szczęście miałam książkę do czytania. Gdyby nie ona to bym tam oszalała z nudów. Przy okazji dowiedziałam się ile ważę. Wynik nie jest najlepszy. Ostatnio zbyt dużo pochłaniałam słodyczy, dlatego też byłam w szoku, że waga wskazała ledwie 42 kilogramy.

Później nic się nadzwyczajnego nie działo. Tylko ta nieszczęsna sobota i niedziela była tak nudna! W niedzielę nic kompletnie się nie działo. I to pewnie dlatego się tak dłużyło! Przez pracę w księgarni chyba uzależnię się od żelek. Z magicznego pudełka giną szybciej, niż zostały kupione. Ale nic dziwnego jak na sklepie są cztery osoby i nie mają co robić. Ale za to pooglądałyśmy kamienie szlachetne i pierścionki zaręczynowe.

A dzisiejsze wolne? No cóż zmarnowałam jak się tylko da. Wstałam chwilę przed godziną jedenastą. A dokładniej 10:58. Dwie minuty zawsze coś. Do godziny 13:26 zmarnowałam na przeglądaniu yt. Następnie obejrzałam film Trolle. Muszę przyznać, że całkiem spoko bajka. I tak jakoś czas zleciał do godziny szesnastej.

Nowa Praca

Dostałam skierowanie z Urzędu Pracy do firmy „X” jako telefoniczny konsultant klienta. Jeszcze tego samego dnia dostałam odpowiedź, że się dostałam. Szkolenie miało być od 19 stycznia. Mimo to szukałam czegoś innego. I znalazłam. Księgarnia. Ponadto mogłam zacząć od zaraz.

W sobotę nie poszłam do szkoły, tylko na szkolenie do pracy. Jest sporo do ogarnięcia, ale myślę, że za jakiś czas się wprawię. Zresztą wolę polecać książki niż wciskać jakąś tam umowę telefoniczną. I najlepsze, że szkolę, przełożyli na sobotę… Oczywiście sekretariat nas nie powiadomił w miarę wcześnie. Zawsze informują na ostatnią chwilę.

Co do końcowych egzaminów zawodowych praktyczny poszedł nawet w miarę. Mam nadzieję, że nie będę mieć mniej niż 75%, bo inaczej nie zdam. Teoria poszła gorzej, bo na większość pytań nie znałam odpowiedzi i zgadywałam. W duchu się modlę, by ustrzelić te 50%. Teraz jedynie pozostało mi czekać do końca marca na wyniki.

Wielki Powrót

Dawno mnie tu nie było. Wiele się wydarzyło przez ten czas. I wiele zapomniałam.

10-13 Listopad Ten czas spędziłam u Johanny i Lu. Było urodzinowo. Lu nie mogła się ode mnie oderwać. A Johanna miała więcej czasu dla siebie.
Lu mnie troszkę zaraziła.
 14-17 Listopad
Byłam chora. Zatoki zawalone, gardło boli, że ledwo mogę przełknąć ślinę. W czwartek zjadłam tylko pół tabliczki czekolady na zasadzie kostka do buzi i czekam aż się rozpóści.
 18 Listopad
W piątek byłam u lekarza. Mówię jakie leki brałam i że mi nie przechodzi.
Lekarz: To bardzo dobre leki proszę brać je dalej, przejdzie. A jak nie to zapraszam we wtorek i dam antybiotyk.
19 Listopad
Miałam szkołę. Ważny dzień. Ale nie poszłam. Cały dzień spałam. Czułam się masakrycznie.
 20 Listopad
Nie chciałam mieć zaległości i poszłam do szkoły. Przyznali mi że wyglądam masakrycznie. Pisaliśmy próbne egzaminy. Nie poszło mi najlepiej. Nie mogłam się skupić na tym co robię.
22 Listopad
Dostałam antybiotyk na 6 dni
 24 Listopad
Cudowne uzdrowienie
26 Listopad
Rezygnacja z reszty antybiotyku…

W grudniu z byt dużo się działo i nie spisałam ani jednego dnia. Egzaminy szkolne zdałam. Mam dwie czwórki. Nie uczyłam się… Szłam z myślą „a najwyżej poprawię”. To chyba przez kijową pogodę.

O świętach pisać nie będę… Nie lubię. Traktuję to jak normalny dzień z przymusową rodzinną kolacją. Niektórzy pieklą się, że ateiści obchodzą święta. Ja obchodzę z przymusu.

Na święta wszyscy życzyli mi znalezienia pracy i chłopaka. W to pierwsze życzenie mam wywalone, ale na dźwięk drugiego zawsze ściska mnie w gardle. Robi mi się dziwnie przykro.

Zapowiada się lipa…

Niby jest fajnie, bo pojadę do Lu i Johanny na ich urodziny. Jest jedno wielkie, ale. Moja mama jedzie ze mną i tu się wszystko psuje, bo ja nie chcę jechać z nią! Doprowadza mnie do szału. Mimo że mam już dawno dwadzieścia dwa lata ona traktuje mnie jak pięcioletnie dziecko. O wszystko ma wąty. Mam nadzieję, że nie będę musiała siedzieć obok niej, bo zwariuję. Po prostu oszaleję. Chciałam jechać sama, ale ONA też musi jechać… Jakby swojej rodziny nie mogła odwiedzić innym razem.

Mam nadzieję, że nie będzie ani mrozu, ani deszczu, bo wtedy będę mogła z dziewczynami wychodzić na spacery. Czyli mniej czasu z moją mamą. Nasze relacje są zerowe już od gimnazjum. Chciałam, by mnie przepisała, bo miałam problemy w klasie i bałam się tam chodzić. Ta natomiast mnie zlewała, zresztą nie teraz, bo przeszkadzam… Więc się odcięłam od niej. Nie umiem z nią rozmawiać i zwykle unikam rozmów.
Mam tylko nadzieję, że nie zepsuje mi wyjazdu.

Ostatnio w szkole z kartkówki dostałam cztery. Taki fuks. Przeszłam spacerkiem od Brzeźna w Gdańsku aż do molo w Sopocie. Myślałam, że mi nogi odpadną. Wracając do domu, myślałam, że zacznę się czołgać. Wyliczyłam, że zrobiłam około 20000 kroków. (oczywiście, zamiast się uczyć). Si zawsze znajdzie dobrą wymówkę. Policzyłam, że od wejścia do wejścia jest około 110 kroków (średnia). I tak jakoś samo wyszło. Bosh, ja chyba naprawdę nie mam na co marnować czasu.

Coraz mniej staram się w szkole. Tak jakoś ta chęć dobrych ocen upadła. Teraz jest byle, by było zdane. Pogarszam się znowu.

Przemęczenie chyba niczym.

Ostatnio czuję jedynie zmęczenie. Mam ochotę zapaść w zimowy sen. Do wszystkiego brakuje chęci. Zwłaszcza do nauki. Już zapowiedziane kartkówki, egzaminy końcowe i referaty, a to wszystko zawalone na listopad. Nie wiem jak się wyrobię, ale muszę się wziąć w garść. Przydałby mi się ktoś, kto porządnie by mi przywalił, tak abym się ogarnęła. Referat z finansów publicznych wybrałam o podatku od spadków i darowizn, no bo staż u urzędzie skarbowym był i to jeszcze na tym dziale. Brzmi jak oszustwo. Szkoda tylko, że kończę go ostatniego października. I już mi go nie wydłużą, bo się nie da. Jak to mówią, nie ma etatów.
Zauważyłam też, że mi się przytyło. Martwi mnie to. Cały czas jestem głodna i nic tylko bym jadła. W większości, to słodycze, tak jakbym się od nich uzależniła. Ostatnio zapisywałam z produktów zawartość cukru. Wyszło mi, że w ciągu całego dnia pochłonęłam 83 gram cukru. Wole nie wiedzieć ile to było kcal. Już samo mleko kokosowe mnie uzależniło, gdzie w butelce jest 42 gram cukru. Serio muszę to ograniczyć.
Po powrocie do domu zazwyczaj leżę na łóżku i nie mam na nic ochoty. Zero ruchu, zero nauki. Bezruch. Czas za szybko płynie. Gdyby tak, choć na chwilę czas zatrzymał się w miejscu. Chyba potrzebuję resetu.