Urodzinowo – czyli jak pokłócić się z mamą…

Od jakiegoś czasu nie znoszę urodzin. Dzień zaczął się nawet spoko. W pracy dostałam bon do dowolnego sklepu w galerii. Pewnie wydam na książki, bo nie lubię chodzić po sklepach z ubraniami. Są nudne i męczące. Dziewczyny zapytały czy w konkurencji. Zaczęłyśmy się śmiać. Dziewczyny stwierdziły, że mogę dziś zluzować, bo to moje święto. Oczywiście nie lubię nic nie robić, a raczej Si nie lubi i już po piętnastu minutach jej odwala.

Wróciłam do domu około 22:00. I ledwo co weszłam, rozebrałam się z kurtki, weszłam do kuchni, by umyć ręce. Matka  owinięta kocem podeszła i dała mi czekoladę z tekstem:

Mama: Najlepszego. Ryż w piekarniku jest. Będziesz jeść?

Si: Nie

Mama: Czemu?

Si: Bo nie chcę.

Kto je kurwa ryż o 22 w nocy? I kto tak składa życzenia urodzinowe? 

Mama: Co ty taka zła jesteś?

Si: Bo jestem zła. Miałam zły dzień.

Zaczęła się dopytywać, czemu. I jakoś nie zamierzałam odpowiadać. Wracam do domu padnięta i jedyne o czym marzę, to umyć się i iść spać. A ta na gaciach mi życzenia składa. Zrobiło mi się przykro, a za czekoladę nie podziękowałam. Odłożyłam ją do lodówki, tam gdzie była. Drażni mnie, to że na Wu-eN zawsze znalazła kasę na prezent z typu bluzka, torba lub karta podarunkowa do jakiegoś sklepu. A mi kupiła czekoladę z biedronki… Na urodziny Wu-eN zawsze musiałam się składać. Ja od niej nic nie dostaje oprócz pytania, co mi kupić. Na tym się kończy. W tym roku było tak samo. Tylko zapytała i zero odzewu. Nawet życzeń mi nie złożyła. Ojciec tak samo.

Wcześniej byłam na siebie zła, że jestem o nią zazdrosna. Bo ona dostawała kasę na imprezę, a ja nie dostałam na bluzkę. W szkole śmiali się ze mnie, że chodzę w spranych spodniach. Trudno mi było wybłagać mamę o nowy ciuch. Wu-eN szło o wiele łatwiej. Specjalnie rezygnowałam z wycieczek szkolnych, mówiąc „Nie chcę, bo masz mało pieniędzy”. Liczyłam, że pod tym względem będę lepsza, bo nie wyciągam pieniędzy tak jak moja siostra. Chciałam chociaż, raz usłyszeć, że jestem w czymś lepsza. Nigdy nie byłam. Wu-eN była lepsza w tym, i w tym… Natomiast mi wypominała wszystko, co zrobiłam źle. Byłam osłem, gółą, niezdarą, fajtłapą…

Przecież nie powinno się być zazdrosnym, o to, że ktoś dostaje droższe prezenty. Mówili, że rodzice kochają każde dziecko tak samo. Dziś wiem, że nie jestem zazdrosna o pieniądze, o prezenty czy o rodzeństwo. Byłam zazdrosna o jej uwagę. Chciałam z nią porozmawiać, ale zbywała mnie mówiąc, że nie ma czasu lub jej przeszkadzam. Miałam tylko dwanaście lat. I bolało mnie to, że o problemach nie mogę porozmawiać z mamą. Bo serial czy prasowanie było ważniejsze. Byłam zazdrosna o to, że dla Wu-eN jest matką, ale nie jest nią dla mnie. Dziś nie umiem powiedzieć jej kocham. Tak samo jak nie umiem nazwać ją moją mamą. Jest dla mnie obca. I nic już tego nie naprawi.

Nawet jeśli sprawiłam jej przykrość, to nie mam wyrzutów sumienia. Przecież zawsze byłam tą gorszą córeczką. A co do czekolady – postanowienie noworoczne numer 3. Od marca zero czekolady i batonów. Więc poleży tam długo, aż jej mama nie otworzy. Gorzej będzie w kwietniu, bo będzie odwyk od napoi gazowanych…

Humor troszkę poprawił mi Adi. Gdyby nie on ten zień byłby moim najgorszym w życiu.

Plotki i ploteczki

Wczorajszy dzień był do dupy. Otóż odwiedziła nas Pani Menadżer M. zwana też gwiazdą lub też mis regionu. Wszystko było by spoko gdyby nie fakt, że weszła w złym momęcie. Wraz z koleżanką oberwałam za plotkowanie. Przecież, nie plotkujemy cały czas! No kuźwa, to był moment. Zresztą nie zawsze jest co robić. Ja osobiście wszystkiego jeszcze nie ogarniam. Zwrotów nie było. Telefonów też nie. Książki w miare poukładane. A kurz będzie codziennie, bo na białych stołach zawsze widać. Zresztą ile razy można ze ścierą latać.

Szczeże mam to gdzieś. Umowa na razie podpisana na trzy miesiące. Jak jej coś nie będzie pasować, to niech mnie zwolni i tyle.

Ostatnio rozmyślam nad wyjazdem do innego miasta. Tam znaleźć pracę i wynająć pokój. I przedewszystkim szkoła. Kierunek technik archiwista lub bibliotekarz z naciskiem na ten drugi, którego w moim mieście oczywiście nie ma.

A dziś rano bawiłam się w zdrapywanie naklejek. Promocje się skończyły. I nie wiem co za geniusz wymyślił, aby przyklejać na okładki naklejki rabatowe. Tylko okładka się niszczy. Na każdym z komiksów został ślad kółka i z tym już nic się nie zrobi.

Zamknięcie miesiąca poczło idealnie. Szczególnie gdy okazało się, że miałyśmy zrobić to z dwóch kas a nie jednej. Ale co tam. Już następnym razem będę wiedzieć.

No i znów słyszałam plotki, że firma w której pracuje podupada. Zastanawiam się ile z tego prawdy. Z ciekawości przeglądam internety i no coś się za tymi plotkami kryje. Firma na fb posiada ocenę 2,9/5. Z jednej strony nie chciałam w to wieżyć. No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie się nie martwię.

Zbyt leniwa…

Jestem zbyt leniwa, by wymyślić porządny tytuł. Ostatnio sporo się dzieje, ale i sporo zapominam. Wiadomo, Si ma pamięć do dupy. I myślę, że by nawet leki nie pomogły.

Swój dzień wolny spędziłam u lekarza medycyny pracy. Oczywiście z godzinną obsuwą… I na całe szczęście miałam książkę do czytania. Gdyby nie ona to bym tam oszalała z nudów. Przy okazji dowiedziałam się ile ważę. Wynik nie jest najlepszy. Ostatnio zbyt dużo pochłaniałam słodyczy, dlatego też byłam w szoku, że waga wskazała ledwie 42 kilogramy.

Później nic się nadzwyczajnego nie działo. Tylko ta nieszczęsna sobota i niedziela była tak nudna! W niedzielę nic kompletnie się nie działo. I to pewnie dlatego się tak dłużyło! Przez pracę w księgarni chyba uzależnię się od żelek. Z magicznego pudełka giną szybciej, niż zostały kupione. Ale nic dziwnego jak na sklepie są cztery osoby i nie mają co robić. Ale za to pooglądałyśmy kamienie szlachetne i pierścionki zaręczynowe.

A dzisiejsze wolne? No cóż zmarnowałam jak się tylko da. Wstałam chwilę przed godziną jedenastą. A dokładniej 10:58. Dwie minuty zawsze coś. Do godziny 13:26 zmarnowałam na przeglądaniu yt. Następnie obejrzałam film Trolle. Muszę przyznać, że całkiem spoko bajka. I tak jakoś czas zleciał do godziny szesnastej.

Nowa Praca

Dostałam skierowanie z Urzędu Pracy do firmy „X” jako telefoniczny konsultant klienta. Jeszcze tego samego dnia dostałam odpowiedź, że się dostałam. Szkolenie miało być od 19 stycznia. Mimo to szukałam czegoś innego. I znalazłam. Księgarnia. Ponadto mogłam zacząć od zaraz.

W sobotę nie poszłam do szkoły, tylko na szkolenie do pracy. Jest sporo do ogarnięcia, ale myślę, że za jakiś czas się wprawię. Zresztą wolę polecać książki niż wciskać jakąś tam umowę telefoniczną. I najlepsze, że szkolę, przełożyli na sobotę… Oczywiście sekretariat nas nie powiadomił w miarę wcześnie. Zawsze informują na ostatnią chwilę.

Co do końcowych egzaminów zawodowych praktyczny poszedł nawet w miarę. Mam nadzieję, że nie będę mieć mniej niż 75%, bo inaczej nie zdam. Teoria poszła gorzej, bo na większość pytań nie znałam odpowiedzi i zgadywałam. W duchu się modlę, by ustrzelić te 50%. Teraz jedynie pozostało mi czekać do końca marca na wyniki.

Wielki Powrót

Dawno mnie tu nie było. Wiele się wydarzyło przez ten czas. I wiele zapomniałam.

10-13 Listopad Ten czas spędziłam u Johanny i Lu. Było urodzinowo. Lu nie mogła się ode mnie oderwać. A Johanna miała więcej czasu dla siebie.
Lu mnie troszkę zaraziła.
 14-17 Listopad
Byłam chora. Zatoki zawalone, gardło boli, że ledwo mogę przełknąć ślinę. W czwartek zjadłam tylko pół tabliczki czekolady na zasadzie kostka do buzi i czekam aż się rozpóści.
 18 Listopad
W piątek byłam u lekarza. Mówię jakie leki brałam i że mi nie przechodzi.
Lekarz: To bardzo dobre leki proszę brać je dalej, przejdzie. A jak nie to zapraszam we wtorek i dam antybiotyk.
19 Listopad
Miałam szkołę. Ważny dzień. Ale nie poszłam. Cały dzień spałam. Czułam się masakrycznie.
 20 Listopad
Nie chciałam mieć zaległości i poszłam do szkoły. Przyznali mi że wyglądam masakrycznie. Pisaliśmy próbne egzaminy. Nie poszło mi najlepiej. Nie mogłam się skupić na tym co robię.
22 Listopad
Dostałam antybiotyk na 6 dni
 24 Listopad
Cudowne uzdrowienie
26 Listopad
Rezygnacja z reszty antybiotyku…

W grudniu z byt dużo się działo i nie spisałam ani jednego dnia. Egzaminy szkolne zdałam. Mam dwie czwórki. Nie uczyłam się… Szłam z myślą „a najwyżej poprawię”. To chyba przez kijową pogodę.

O świętach pisać nie będę… Nie lubię. Traktuję to jak normalny dzień z przymusową rodzinną kolacją. Niektórzy pieklą się, że ateiści obchodzą święta. Ja obchodzę z przymusu.

Na święta wszyscy życzyli mi znalezienia pracy i chłopaka. W to pierwsze życzenie mam wywalone, ale na dźwięk drugiego zawsze ściska mnie w gardle. Robi mi się dziwnie przykro.

Zapowiada się lipa…

Niby jest fajnie, bo pojadę do Lu i Johanny na ich urodziny. Jest jedno wielkie, ale. Moja mama jedzie ze mną i tu się wszystko psuje, bo ja nie chcę jechać z nią! Doprowadza mnie do szału. Mimo że mam już dawno dwadzieścia dwa lata ona traktuje mnie jak pięcioletnie dziecko. O wszystko ma wąty. Mam nadzieję, że nie będę musiała siedzieć obok niej, bo zwariuję. Po prostu oszaleję. Chciałam jechać sama, ale ONA też musi jechać… Jakby swojej rodziny nie mogła odwiedzić innym razem.

Mam nadzieję, że nie będzie ani mrozu, ani deszczu, bo wtedy będę mogła z dziewczynami wychodzić na spacery. Czyli mniej czasu z moją mamą. Nasze relacje są zerowe już od gimnazjum. Chciałam, by mnie przepisała, bo miałam problemy w klasie i bałam się tam chodzić. Ta natomiast mnie zlewała, zresztą nie teraz, bo przeszkadzam… Więc się odcięłam od niej. Nie umiem z nią rozmawiać i zwykle unikam rozmów.
Mam tylko nadzieję, że nie zepsuje mi wyjazdu.

Ostatnio w szkole z kartkówki dostałam cztery. Taki fuks. Przeszłam spacerkiem od Brzeźna w Gdańsku aż do molo w Sopocie. Myślałam, że mi nogi odpadną. Wracając do domu, myślałam, że zacznę się czołgać. Wyliczyłam, że zrobiłam około 20000 kroków. (oczywiście, zamiast się uczyć). Si zawsze znajdzie dobrą wymówkę. Policzyłam, że od wejścia do wejścia jest około 110 kroków (średnia). I tak jakoś samo wyszło. Bosh, ja chyba naprawdę nie mam na co marnować czasu.

Coraz mniej staram się w szkole. Tak jakoś ta chęć dobrych ocen upadła. Teraz jest byle, by było zdane. Pogarszam się znowu.

Przemęczenie chyba niczym.

Ostatnio czuję jedynie zmęczenie. Mam ochotę zapaść w zimowy sen. Do wszystkiego brakuje chęci. Zwłaszcza do nauki. Już zapowiedziane kartkówki, egzaminy końcowe i referaty, a to wszystko zawalone na listopad. Nie wiem jak się wyrobię, ale muszę się wziąć w garść. Przydałby mi się ktoś, kto porządnie by mi przywalił, tak abym się ogarnęła. Referat z finansów publicznych wybrałam o podatku od spadków i darowizn, no bo staż u urzędzie skarbowym był i to jeszcze na tym dziale. Brzmi jak oszustwo. Szkoda tylko, że kończę go ostatniego października. I już mi go nie wydłużą, bo się nie da. Jak to mówią, nie ma etatów.
Zauważyłam też, że mi się przytyło. Martwi mnie to. Cały czas jestem głodna i nic tylko bym jadła. W większości, to słodycze, tak jakbym się od nich uzależniła. Ostatnio zapisywałam z produktów zawartość cukru. Wyszło mi, że w ciągu całego dnia pochłonęłam 83 gram cukru. Wole nie wiedzieć ile to było kcal. Już samo mleko kokosowe mnie uzależniło, gdzie w butelce jest 42 gram cukru. Serio muszę to ograniczyć.
Po powrocie do domu zazwyczaj leżę na łóżku i nie mam na nic ochoty. Zero ruchu, zero nauki. Bezruch. Czas za szybko płynie. Gdyby tak, choć na chwilę czas zatrzymał się w miejscu. Chyba potrzebuję resetu.

Czarny poniedziałek

Dnia trzeciego października, odbędzie się strajk protestujący przeciwko nowej ustawie o całkowitym zakazie aborcji. To nie jest jakaś tam manifestacja ludzi za aborcją, ale za wolnością wyboru. Kobieta ma prawo decydować o swoim życiu. Nie każda z nas jest psychicznie gotowa na posiadanie dziecka.  Jedyne co zrozumiałam z projektu tejże ustawy to zakaz aborcji dzieci z gwałtu i dzieci chorych z upośledzeniem czy też innymi wadami genetycznymi. Aż Mną [wycięcie sporej ilości słów ze względu na wulgaryzmy].

Bo dziecko można oddać. Ale to nie jest zwykłe oddać. To jest wynoś dziewięć miesięcy, uródź w bólu i oddaj. Nawet jeśli lekarz powie, że dziecko po porodzie ma nikłe szanse na przeżycie, to ja mam się męczyć i patrzeć jak miesiąc po urodzeniu umiera. Wiecie jak to niszczy BANIĘ? Nie każdy ma silną psychikę.   Ale o ośrodkach adopcyjnych i ich wymaganiach nie powiedzą. To nie jest tak, że idziesz i dostajesz. A ile spraw było, że rodzice zastępczy skatowali czy zagłodzili dziecko i wyniku tego zmarło? Może i to chamskie ale moim zdaniem lepiej by się nie urodziło niż umierało w męczarniach po narodzeniu.

Rząd i Kościół stają w obronie życia nienarodzonego. Ale pytanie kto broni nas? Nie chce być traktowana przedmiotowo jako przechowalnia – inkubator.

Czy nasza religia nie zbliża się do islamu?

Ja to widzę tak

uchodźcy: Polsko przyszliśmy odebrać prawa głosu waszym kobietom i je zniewolić. Polscy politycy: Nie trzeba. Już was wyręczyliśmy.

#chamskihumor  #czarnyhumor
______________________________________________

Wiadomości 2017: Wzrost sprzedaży śliskich kocyków skoczyła o 180% w górę.

czarny_1

A w wiadomościach  2022 trafisz do więzienia za seks przed ślubem. Bo kościół mówi be.

I jeszcze  tabletki antykoncepcyjne są be.  Wychodzi na to, że polska to jedyny kraj w Europie, w którym kobiety będą bały się uprawiać seks. Kościół pierdoli coś o kalendarzyku…   Serio nie każda z nas ma regularny okres by to wyliczyć. Moim zdaniem może to doprowadzić do podwyższenia liczby chorych na depresję, a także wzrost liczby samobójstw – giną dwa życia matka i dziecko.

Drugie moje zdanie to to, że oni nie robią tego by ratować ludzkie życie. Podlizują się kościołowi by ich popierali i kasę dawali. Już zostałyśmy sprzedane. Mają władzę więc zrobią co chcą.

Kobieta która na własną rękę usunie płód narażając przy tym swoje życie będzie odpowiadać karnie od roku do 10 lat pozbawienia wolności. A niezłapany gwałciciel pozostaje bezkarny. Zastanawiam się dokąd to zmierza. Zresztą gdyby weszła ta ustawa, to kobiety nie zgłaszały by gwałtów, bo wtedy nie mogłyby na własną rękę usunąć dziecka. Wychodzi na to, iż nowa ustawa będzie chronić gwałcicieli.

Jak to w końcu jest? Te co nie chcą urodzić dziecka z gwałtu lub chorego, nie mogą usunąć ciąży. A te które pragną dziecka i chcą dać mu życie i zrobić sobie in vitro nie mogą bo to też będzie nielegalne. GDZIE TU KURWA SENS. Przecież to nie państwo daje kasę na in vitro – skoro to moja kasa, to chyba mogę ją wydać na co tylko zechcę. Już nawet nie mam ochoty cenzurować teksu. Cofamy się do średniowiecza w zastraszająco szybkim tempie.

Jedyną osobą, która może decydować o moim życiu jestem ja sama.

Tak na zakończenie KAŻDY MA SWOJĄ DUPĘ WIĘC NIECH SIĘ NIE WPIERDALA W CUDZĄ.

Witaj szkoło

I nadszedł czas, w którym rok szkolny zaczął się i dla mnie. Miło było zobaczyć kujonów, choć nie wszyscy mogli się zjawić. I nie będziemy mieć zajęć z panią P. Zmieniają ją nam na jakąś inną. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej nie wiadomo, jaka będzie ta nowa.

Wysłałam list do Lu i Johanny. Lu bardzo się ucieszyła, a biedna Joh musiała jej czytać. W paczkę wpakowałam sześć torebeczek kapuczinko, które lubią. Do tego magnes na lodówkę z imieniem Lu oraz bransoletkę i spineczki, a dla Johanny dziesięć złoty i niech sama sobie kupi co chce. Wiem, że sama lepiej sobie wybierze.

Mój staż został przedłużony o miesiąc. łuuuu. Zawsze coś. Szkoda, że mają dla mnie coraz mniej zajęć do pracy i muszę robić wolno. A ja tak nie umiem, bo się NUDZĘ.

Co do Lou, to przyjaźń chyba się urywa. Specjalnie się rozpisałam co u mnie, starając się go nie zanudzić, a On, zamiast mi odpisać, to wysłał wiadomość głosową trwającą dwadzieścia sekund. Zrobiło mi się przykro. To tak jakby miał mnie w dupie.

Założyłam na nowo wattpada, może wrócę do pisania opowiadań. Jeszcze się zobaczy jak z czasem wolnym. Co jak co, ale szkoła ważniejsza.

Za szybko zleciało

Z racji tego, że na stażu też należy się wolne, wzięłam aż pięciodniowy urlop. No i dzisiaj obrazkowo.

Siódmego w niedzielę wybrałam się pod Toruń do mojej chrześniaczki i Johanny. Dotarłam tam późnym wieczorem. Kto by pomyślał, że na autostradzie może być czterdziestosiedmiominutowy korek! Te bramki to zło!

Ósmego w poniedziałek była śliczna pogoda i Lu się do mnie przyzwyczaiła. Wszędzie prowadziła za rączkę. I puzzle ze mną układała. Pozwoliłam jej w sklepie wybrać sobie dwie rzeczy. Takie małe drobiazgi spinki i gumki. Mnie wybrała bluzkę. Oczywiście jasnoróżową z koronką. Trochę posiedziałyśmy na placu zabaw, przy pięknym słońcu, w ciepełku.

Dziewiątego we wtorek. No i to tyle z ładną pogodą, bo zrobiło się zimno. Odwiedziłam fryzjera w celu podcięcia końcówek, a raczej siana, bo moich nitek włosami nazwać nie można. Wieczorem Johanna pofarbowała mi włosy na czarno.

Dziesiątego w środę z samego rana obudziła nas Lu. Zjadłyśmy śniadanie, zagrałyśmy raz w piotrusia i dwa razy w zgadywanki. Jak na czterolatkę, a właściwie trzy i pół całkiem nieźle sobie radzi. Choć po jej minie widać, że nie lubi przegrywać.  O jedenastej wybrałam się z Johanną do Torunia. W celu zakupienia biletu powrotnego.
Resztę dnia spędziłam z Lu. Ona się nie męczy! Też bym chciała mieć tyle siły co ona.

Jedenastego w czwartek.

Nie pamiętam co się działo bo nie zapisywałam, a moja pamięć krótka jest. Wiem tyle, że robiłam z Johanną ryż z kurczakiem i warzywami na patelkę. Ryż powinien gotować się na kostce rosołowej dla smaku, ale co tam – zapomniałam. Johanna zrobiła panierkę z papryki – kurczak był na ostro. No a warzywka się przyjarały…  No cóż.

Piątek dnia ostatniego

Z rana pożegnałam się z Lu. Nawet się nią nie nacieszyłam i odniosłam wrażenie, że za mało czasu z nią spędziłam. Południe spędziłyśmy w Toruniu na zwykłym szlajaniu się.

WP_20160812_14_14_00_Pro Wszyscy robili sobie z nim zdjęcia to ja tyż. :D Niedaleko był pomnik Kopernika, ale za dużo ludzi się tam kręciło i nijak nie mogłam zrobić zdjęcia.

WP_20160812_14_42_36_ProBardzo mi się spodobał wystrój restauracji. Jednak na żywo wygląda to lepiej niż na zdjęciu.

WP_20160812_14_46_13_Pro

Johana powiedziała, że nie wie co to, ale mam zrobić zdjęcie. No to jest. Zresztą kocham zdjęcia pierdół. Następne są znad Wisły

WP_20160812_14_50_51_Pro

Oraz zachwyt gołębiem z chlebem

WP_20160812_14_52_49_Pro

Ale jest też coś dla poszukiwaczy Pokemonów. Restauracja Pueblo  zaprasza na pyszną lemoniadę. Pierwszy raz w życiu widziałam taką tabliczkę i musiałam zdobić zdjęcie bo jest przeurocza.

WP_20160812_15_01_16_Pro

Oraz moja ulubiona fontanna. Jak byłam młodsza przychodziłam z wujkiem Z. wieczorem. Wtedy zawsze grała muzyka, a fontanna mieniła się w kolorach. WP_20160812_15_21_04_Pro

Oczywiście z Torunia są zakupione pamiątki. Nie ważne, że w formie zakładek do książek. Zakładka zawsze się przyda.

WP_20160812_15_26_03_ProTrzy z dołu są moje, a te od góry są Johanny. Najlepsze są motylki zakupione w księgarni Matras.

No i na sam koniec moja ulubiona pizzeria.

WP_20160812_16_12_31_Pro Mają tam najlepszą pizze. Zawsze kiedy wracam od J. idziemy do Piccolo. Jest tam jeden rodzaj – pieczarki z serem. Koszt to 6,60 ale warta ceny. Nie wiem czemu, ale Toruń kojarzy mi się z piernikami, grającą tęczową fontanną i Piccolo.

I choć nie było pogody wyjazd uważam za udany oraz za krótki.